Używamy plików cookies do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki (odwiedź witrynę dostawcy Twojej przeglądarki aby dowiedzieć się jak to robić).
Aktualności

 

 

REKLAMY

 

 

 

 

Prof. Ewa Barcz o epidemii schorzeń dna miednicy
2018-04-06

Prof. Ewa Barcz, kierownik oddziału ginekologiczno-położniczego w Międzyleskim Szpitalu Specjalistycznym w Warszawie udzieliła wywiadu portalowi www.rynekzdrowia.pl na temat coraz częstszych schorzeń dna miednicy.

Schorzenia dna miednicy, którymi zajmuję się od wielu lat, są w Polsce coraz częstsze, jednak większość pacjentów/ pacjentek w ogóle nie zgłasza tych dolegliwości lekarzom i nie podejmuje leczenia. Powód: nie są to choroby śmiertelne, nie skracają nam życia, na dodatek część osób uważa je za niezwykle wstydliwe. Dlatego odsetek kobiet, leczonych z tego powodu sięga maksymalnie 10 procent chorych.

- O schorzeniach dna miednicy mówi się znacznie rzadziej niż o raku jelita grubego czy odbytnicy. A jest to wiele chorób niezwykle trudnych zarówno do diagnozowania, jak i leczenia. Chodzi m.in. o nietrzymanie moczu, zespół pęcherza nadreaktywnego, przetoki poporodowe, wypadanie macicy, ale także pęcherza, odbytnicy, jelita. To cała grupa chorób, o których się nie mówi wcale. Dużo łatwiej bowiem powiedzieć celebrytce "miałam raka piersi" niż wystąpić komukolwiek i powiedzieć publicznie "nie trzymam moczu, zużywam 7 podpasek na dobę" - podkreśla ginekolog.

W Polsce nie mamy danych epidemiologicznych dotyczących tych problemów, ponieważ nigdy nie przeprowadzono odpowiednich badań populacyjnych, ale dane światowe są naprawdę porażające.

- 30 proc. kobiet dorosłych, ma jakąś formę schorzeń dna miednicy. U kobiet po 50. roku życia ten odsetek wzrasta do 50 proc. a u kobiet 70-letnich do 80 proc. Cieszymy się, że dożywamy osiemdziesięciu lat życia, ale jego jakość, w tym kontekście, jest katastrofalna. Nietrzymanie moczu, wymieniane jest jako trzecia, po porażeniu czterokończynowym i stwardnieniu rozsianym (SM), choroba upośledzająca jakość życia kobiety. Jeśli zestawimy to z odsetkiem osób chorych, to mamy sytuację bardzo złą i to z wielu powodów - mówi prof. Barcz. I wyjaśnia: - Po pierwsze, świadomość kobiet jest bardzo niska. Przychodzi taki etap w ich życiu, kiedy pojawiają się dolegliwości i pacjentki traktują je jako znak czasu, coś, z czym nic nie można zrobić. A przecież to nieprawda! Po drugie, jesteśmy jednym z niewielu krajów w Europie, gdzie nie ma szkolenia podyplomowego w zakresie schorzeń dna miednicy. Uroginekologia, dziedzina, którą się tym zajmuje, jest stosunkowo młoda, w nowoczesnej formie ma około 20 lat. Mamy ogromny postęp technologiczny w zakresie technik operacyjnych, implantów, materiałów syntetycznych czy nowoczesnych leków - w Polsce absolutnie za tym nie nadążamy, pozostaliśmy w tyle za Europą - podkreśla prof. Barcz. - Nie mamy edukacji podyplomowej, nie mamy specjalizacji z uroginekologii, którą mają praktycznie wszystkie kraje Europy, nie mamy referencyjnych ośrodków, rejestru powikłań, profilaktyki, fizjoterapii oraz szkolenia pielęgniarek i położnych w tym zakresie. Kobieta trafiająca do szpitala z nietrzymaniem moczu czy wypadaniem narządów miednicy stanowi problem zarówno diagnostyczny jak i terapeutyczny ze względu na niedobory doświadczenia, i dostępności do nowoczesnych technik operacyjnych.

Jako trzecią, z głównych przyczyn wymienia złą perspektywę patrzenia na choroby dna miednicy. - Zastanawiamy się na przykład, ilu środków chłonnych powinniśmy refundować dla naszych pacjentek, a powinniśmy myśleć o tym, jak je nowocześnie leczyć, żeby tych środków w ogóle lub prawie w ogóle nie potrzebowały. Świat tak robi. A my mamy 30 proc. kobiet w populacji, którymi mało kto się zajmuje! - wyjaśnia prof. Barcz.

Pacjentki chodzą do toalety po kilkanaście razy dziennie, a także w nocy. - Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że 70 proc. wszystkich złamań szyjki kości udowej u kobiet ma miejsce w nocy w drodze do toalety.
Jako czwartą z przyczyn problemów uroginekologii prof. Barcz wymienia problem systemowy związany z wyceną procedur, która nie zmieniła się od 20 lat. - Wtedy był inny sprzęt i inne techniki. Dziś te wyceny są zupełnie nieadekwatne do kosztów, które musi ponieść szpital, choćby na zakup implantów czy sprzętu laparoskopowego - wyjaśnia szefowa ginekologii w Szpitalu Międzyleskim. Zwraca też uwagę na węższy dostęp do farmakoterapii niż jest w innych krajach Europy. - W leczeniu zespołu pęcherza nadreaktywnego w Polsce używamy trzech substancji, na świecie jest ich 8-10. Nowoczesne terapie nie są refundowane, a ponieważ mówimy najczęściej o populacji osób 60-70 letnich, to jest jasne, że ze względu na zasobność portfela, będą się one leczyły lekami starej generacji albo rezygnowały z leczenia.

Czekamy na systemowe rozwiązania problemów, które powinny obejmować z jednej strony kampanię edukacyjną i uświadamiającą dla chorych, z drugiej uświadomienie skali problem lekarzom innych specjalności (lekarzom rodzinnym, geriatrom). Potrzeba nam więc wzrostu świadomości możliwości leczenia i wyleczenia, tak by zarówno pacjentki zaczęły świadomie szukać pomocy ale również żeby lekarze w sposób aktywny pytali o to, o czym kobiety wstydzą się mówić.

Musimy zacząć systemowo zacząć pracować nad poprawą edukacji podyplomowej w tym zakresie. Stworzenie nadspecjalizacji, wymagającej dwu-trzyletniego szkolenia, umiejętności zarówno diagnostycznych jak i terapeutycznych, pozwoliłoby na bardziej adekwatne leczenie chorych oraz stworzenie ośrodków referencyjnych, które odpowiedziałyby na ogromne zapotrzebowanie społeczne oraz zmniejszyłyby zatrważający odsetek powikłań pooperacyjnych, z którymi mamy do czynienia.

Byłoby zasadne przyjrzenie się wycenom procedur i urealnieniem kosztów leczenia naszych pacjentek.

Źródło: www.politykazdrowotna.com

1% Podatku

 


REKLAMA